poniedziałek, 31 stycznia 2011

Śpiący wielbłąd i Niger . . .


Pod "Śpiącym Wielbłądem" 
Hotel okazał się być strzałem w dziesiątkę! Warunki przyzwoite, otoczenie ambasad daje poczucie   bezpieczeństwa a jedzenie tak dobre i przystępne cenowo, że mogliśmy spotykać nawet drużyny przyjeżdżające tu z hotelu polecanego przez organizatorów rajdu. Rzuciliśmy się w internetowy wir połączeń ze znajomymi oraz w inny wir - basenowy. Prysznic z wodą (co nie zawsze jest takie oczywiste) zaskoczył nas miło ;-) 






Trzy dni w Bamako, trzy dni zasłużonego odpoczynku! 



Yo, My brotha, motha fatha... My dear friend is special praizzz for U! 
Nauczeni negocjacjami Mariusza przystąpiliśmy do wymiany handlowej ;-) 



Naszą terenówkę sprzedaliśmy po dwóch dniach negocjacji cen, afrykańskich targów, bardziej podobnych do jakiegoś teatralnego przedstawienia niż do transakcji kupna - sprzedaży pojazdu.... Bez zysku co prawda ale także i bez straty. Otrzymaliśmy za nasz "dom na kołach"  mniej więcej tyle samo ile musieliśmy wydać na zakup i przygotowanie auta do jego ostatniej europejskiej drogi...



Miasto ma swój urok, jednakże spacerowanie nocą nie należało do relaksujących. Białe twarze wyróżniają się w tłumie. Oczywiście nic się nie stało a same zdjęcia (choć piękne) nie oddają pełni obrazu widzianego na żywo ;-) 






Przydrożne serwisy. Jeden z nich naprawia motocykle, drugi.... muszle klozetowe... 




Trzy dni w Bamako przedłużyły się nam nieco z powodu nieporozumień na lotnisku.  Finalnie udało się nam opuścić Mali innym niż planowaliśmy lotem i inną niż planowaliśmy  trasą. Zaliczyliśmy jeszcze w drodze powrotnej Libię oraz Wyspy Brytyjskie...